Ciężko mi ukryć rozczarowanie „duchowym następcą” Dead Space. W trakcie grania marudzę pod nosem, gdy kolejny raz pojawia się przewidywalny straszak, przez sen mamrotam o irytującej pracy kamery, a w drodze do pracy wzdycham głośno na myśl, że podcast promujący grę miał ciekawszą fabułę niż długo wyczekiwany tytuł. Nie mogę nawet jeść kalafiora, bo ma ciekawszy design niż mutujące zombiaki z „Callisto”. No dobra… z tym ostatnim to przesadziłem - kalafior jest równie nijaki.

Zespół projektowy z Glenem Schofieldem na czele obiecywał wielki powrót klimatów horroru science-fiction. Gatunkowo i semantycznie właściwie to dostałem. Problemem jest jednak jakość i to nie jednego aspektu, a właściwie całej produkcji, co - przyrównując do filmów - robi różnicę jak pomiędzy „RoboCopem” Petera Verhoevena a „Robo Vampire” wyprodukowanym w Hong Kongu.

Dead Space charakteryzował przemyślany design tego, w jaki sposób gracz ma czuć grozę. Rzadko zdarzały się typowe „jump scare'y”, a nadejście necromorpha często skupiało się na ekspozycji stwora, by najpierw podnieść poziom adrenaliny, a potem zmusić nas do walki o przetrwanie.

Gra ma przewidywalne do bólu „jump scare'y”

W The Callisto Protocol za to mamy do czynienia ze zbitką przewidywanych do bólu „jump scare'ów”, czyli przeciwników atakujących szybko i masą - nie po to, by nas nastraszyć, lecz by zmusić do odganiania się przed nimi, niczym przed stadem namolnych komarów. Element strachu w starciach znika po prologu, a my skupiamy uwagę głównie na tym, ilu jeszcze zostało wrogów do powalenia. A przy tym walczymy też z kamerą miotającą nami przez innowacyjny system uników.

Do wielokrotnie powtarzanych sztuczek należy, na przykład, atak macki z głową na końcu, która wyskakuje znienacka z jednego z wielu jaj czy też pęcherzy z otoczenia. Starzeje się ten trik po pierwszych trzech razach, zdarza się w momentach kompletnie nie fair - choćby na finiszu animacji wchodzenia po drabinie, tak by nie było możliwości uniknięcia.

The Callisto Protocol - State of Play June 2022 Trailer | PS5 & PS4 Games Zobacz na YouTube

Więcej jak jeden przeciwnik oznacza również zmienne centrowanie na tym, kto jest bliżej bądź który wróg nas trafi, co frustruje. Umieramy przez problemy z kamerą i auto-lockiem, a nie przez faktyczne zagrożenie w starciach. Na dodatek jedyną faktyczną decyzją podbicia zagrożenia zdaje się być liczba przeciwników, a nie nastrój i budowa napięcia.

Za mało strasznie? Dorzućmy tu pięciu łysych mutantów, będzie groza! Nawet animacje śmierci są przesadzone i groteskowe, a widok urwanej twarzy po tym jak przeciwnik ciągnął nas za żuchwę bardziej śmieszy niż szokuje.

Starcia z wrogami są powtarzalne

Co ciekawsi wrogowie szybko stają się bardziej upierdliwi niż groźni, a starcia z nimi to powtarzana w głowie mantra „zdechnij już w końcu, bo chcę iść dalej!”. Oczywiście z rozwojem oręża, zwiększa się po prostu liczba tych samych wrogów, bo przecież to jest to, czego oczekujemy, prawda?

Świat The Callisto Protocol z początku wydawał się ciekawy. Po przesłuchaniu audio-opowieści „Helix Station” uważam nawet, że ma potencjał. Niestety, w samej grze kompletnie nie czuć klimatu. Protagonista jest nijaki, jego kompani i oponenci do bólu stereotypowi i przewidywalni. Po 30 minutach rozgrywki domyślamy się, kto będzie finalnym bossem.

Historia nie oferuje żadnych interesujących zwrotów akcji

O bylejakości zbieranych nagrań audio i sztampowych zwrotów akcji można napisać oddzielny artykuł. Mamy zawalone mosty, psujące się upragnione cele i bohaterów, wychodzących zza rogu po tym jak my przeżyliśmy istną rzeźnię alarmującą każdego mutanta w promieniu kilometra. Właściwie całość fabuły można zamknąć wielką klamrą „Resident Evil w kosmosie” - ten filmowy, oczywiście, by nie brzmiało to jak komplement.

The Callisto Protocol przypomina usilne próby odtworzenia pięknej budowli z tych samych klocków LEGO, co kiedyś, ale bez użycia instrukcji ani zdjęcia poglądowego. Gra zdecydowanie nie jest wskrzeszeniem z popiołów zespołu odpowiedzialnego za sukces serii Dead Space - to raczej smutny dowód na to, że zespół z Visceral Games po rozwiązaniu przez Electronic Arts już nigdy nie będzie taki sam. Wiem, że gra wielu osobom się podoba i nie zamierzam z tym polemizować. Dla mnie The Callisto Protocol to po prostu największe rozczarowanie tego roku.