Teraz, gdy żyjemy w erze AI, Detroit: Become Human wybrzmiewa zupełnie inaczej
Mężczyzna w średnim wieku idzie do sklepu malarskiego, by odebrać zamówienie - wysokiej jakości farby. Płaci bezdotykowo. W drodze do domu widzi grupę ludzi protestujących przeciwko AI, które zabiera im miejsca pracy. Nieopodal na gitarze gra muzyk, a tabliczka u jego stóp zachęca do słuchania utworów tworzonych przez ludzi, a nie sztuczną inteligencję. Brzmi trochę jak nasz świat, prawda? To scena z Detroit: Become Human, a wspomniany mężczyzna jest androidem.
W Detroit pierwszy raz zagrałem tuż po premierze, w 2018 roku. Gra przedstawia wizję naszego świata w roku 2038, gdy po ulicach jeżdżą właściwie tylko autonomiczne samochody, a w codziennych obowiązkach wyręczają nas całkiem przystępne cenowo androidy - podstawowe modele można kupić za mniej niż tysiąc dolarów. Niedawno zagrałem w tę grę drugi raz, i wiecie, co mnie najbardziej uderzyło? Że dystopijne sceny, które w 2018 roku były absolutną abstrakcją, dziś wywołują ścisk w gardle i nerwowe przełykanie śliny.
Become Human przede wszystkim jest oczywiście opowieścią o androidach, które niespodziewanie zyskują świadomość, zaczynają odczuwać emocje i zdają sobie sprawę, że ludzie wykorzystują ich w niesprawiedliwy sposób, w skrajnych przypadkach dopuszczając się znęcania. To uromantyzowana, trochę wręcz naiwna historia, ale trzeba przyznać, że chwyta za serce jak żadna inna gra Quantic Dream, a liczba wariacji fabularnych, rozgałęzień i zakończeń wprawia w osłupienie. Nie sposób nie zżyć się z tymi bohaterami i nie trzymać za nich kciuków do samego końca. Myślę, że to opus magnum tego studia - wątpię, że stworzą jeszcze coś tak dobrego. Choć chciałbym się mylić.
Nie uważam, że grozi nam bunt „sztucznej inteligencji” (która sama w sobie jest dużym uproszczeniem i hasłem marketingowym), bo sposób, w jaki działają dzisiejsze sieci neuronowe, wyklucza rzeczywiste myślenie i szansę pojawienia się emocji. Systemy oparte na uczeniu maszynowym świetnie udają inteligencję, ale to tylko imitacja. Androidy w Detroit: Become Human były jednak czymś więcej - potrafiły obserwować świat wokół, uczyć się emocji i wykształcać własne. Dysponowały tak zaawansowanymi procesami myślowymi, że stały się wręcz odrębnym gatunkiem człowieka. W tej grze ludzkość przyjmuje rolę boga, stwórcy życia. Wciąż jest to więc pieśń przyszłości. Lub pieśń, której nigdy nie usłyszymy. Ale pod tą wierzchnią warstwą Detroit: Become Human kryje jeszcze wiele innych wątków.
„Muzyka od człowieka! Zapłać dolara, by usłyszeć muzykę z duszą” - głosi kartonowa tabliczka postawiona na chodniku przez gitarzystę w jednej ze scen w Become Human. W 2018 roku ta tabliczka mogła jedynie wywołać uśmiech lub rozbudzić wyobraźnię. Dziś może nie być nam do śmiechu - w zależności od tego, jaki macie stosunek do muzyki AI. Pewnie większość z Was słyszała już utwory stworzone przez narzędzie Suno albo przeróbki istniejących piosenek, zmieniające gatunek oryginału. „Pakistańskie Disco” zaśpiewane przez Popka w stylu lat 70., soulowa wersja „Bring Me to Life” od Evanescence - przykłady można mnożyć, a najgorsze, że to naprawdę wpada w ucho i brzmi dobrze.
Zupełnie inaczej niż w 2018 roku ogląda się też scenę, w której android Markus chwyta za pędzel i - zachęcony przez swojego mentora i „ojca”, Carla - maluje swój pierwszy obraz. Niezależnie od wybranego przez gracza tematu, pierwsza próba kończy się zaledwie odtworzeniem jakiegoś elementu otoczenia (albo dzieła Carla). Zwykła kopia. To zabawne i daje do myślenia, biorąc pod uwagę, jak dużo mówi się dzisiaj o kradzieży cudzej twórczości przez generatywne AI. Któż zaledwie 8 lat temu przewidziałby taki obrót zdarzeń! Dopiero drugie podejście Androida daje rezultat w postaci prawdziwej sztuki. Markus zamyka oczy, daje się ponieść emocjom i używa… wyobraźni. Czegoś, czym sztuczna inteligencja w naszej rzeczywistości nie dysponuje. Na płótnie ląduje dzieło, które wzrusza nawet Carla.
W 2018 roku równie abstrakcyjne wydawały się tabliczki pod foodtruckami, które zapewniają, że podawane tam dania są przygotowywane przez człowieka. Wizja rzeczywistości, w której twórca jakiejś rzeczy musi podkreślać, że nie jest ona dziełem sztucznej inteligencji, wydawała się odległa o dekady. A dziś? Od kiedy AI nauczyło się generować 5 palców u dłoni, wytężamy wzrok, by na zdjęciach i nagraniach dostrzec inne ślady sztucznej inteligencji. Nauczyciele w szkołach przesiewają teksty wygenerowane przez ChataGPT. Musimy przez dłuższą chwilę wsłuchać się w piosenkę, by ustalić, czy wokalistą jest człowiek.
„Zespół androidów kandydatem do nagrody. Radość fanów, płacz tradycjonalistów” - głosi okładka jednego z magazynów, które można znaleźć w Detroit: Become Human. Ponownie: w 2018 roku to abstrakcja, a już 4 lata później (!), w 2022 roku, konkurs sztuki w USA wygrywa „Théâtre D’opéra Spatial” spod pędzla Midjourney. Niesamowite, że w ciągu kilku lat nasza rzeczywistość w pewnym sensie dogoniła fantazję scenarzystów opisujących 2038 rok.
Elektryczny umysł
Ktoś mógłby powiedzieć, że dokonuję niewłaściwego porównania: w naszym świecie jest przecież AI, a w Detroit androidy. To słuszne spostrzeżenie… do pewnego stopnia. W Become Human sztuczna inteligencja występuje bowiem tylko w parze z androidem. AI nie istnieje poza granicami tych sztucznych ciał (a przynajmniej nie jest nigdzie ukazane w takiej formie). Quantic Dream postawiło więc znak równości między sztuczną inteligencją a androidem.
Właśnie dlatego tak uderza scena z ludźmi protestującymi przeciwko androidom zabierającym im pracę - mimo że 8 lat temu nie robiła na nas żadnego wrażenia. Ot, science-fiction. Właśnie dlatego gdy policyjny android Connor za pomocą wzroku szacuje kalorie w burgerze zamówionym przez partnera, przywodzi na myśl możliwości, którymi od dawna dysponuje ChatGPT.
Fakt, że w grze Quantic Dream sztuczna inteligencja istnieje tylko w ciele androida, to jednak istotna różnica względem naszej rzeczywistości. Muzyka, przeciwko której buntują się ludzcy muzycy, powstała przecież na instrumentach operowanych przez takie same dłonie, jak nasze - tyle że mechaniczne. Nie jest więc wcale taka sztuczna. Zautomatyzowani recepcjoniści, sprzedawcy czy pracownicy fizyczni to nie zbiór linijek kodu, a ciała, w których płynie nawet krew - substancja zwana Thyrium 310, która według lore „rozprowadza energię i informacje elektryczne po biokomponentach”.
W Detroit z przyszłości androidy są do nas tak podobne, zarówno wyglądem, jak i zachowaniem, że udaje im się przeskoczyć dolinę niesamowitości (ang. uncanny valley), czyli wielki dołek na wykresie Masahiro Moriego. I może właśnie dlatego, dokonując odpowiednich wyborów, możemy w tej grze zjednać sobie ludzi w walce o wolność i sprawiedliwość.
Gdyby „nasze” AI też żyło w androidach stworzonych na nasze podobieństwo i potrafiło kochać tak, jak Kara kochała swoją przybraną córkę Alice, to pewnie bylibyśmy względem niego nieco życzliwsi. Pytanie tylko, jak odróżnić prawdziwe emocje od syntetycznej i bezdusznej próby naśladowania ludzi.
Tego nie wiem, ale wiem, że dzisiaj gra się w Detroid: Become Human zupełnie inaczej niż 8 lat temu. To już nie jest tylko ciekawa historia o przyszłości ludzkości, a lustro, w którym coraz wyraźniej odbija się nasza rzeczywistość. Ciekawe, jaki będzie świat, gdy wrócę do tej produkcji za 8 lat.









