Pięć cech Vampire: The Masquerade - Bloodlines 2, które mnie zaskoczyły. Dzięki nim warto dać grze szansę
OPINIA| Mimo że moda na wampiry nieco przeminęła, to wciąż pojawiają się produkcje pozwalające nam wcielać się w krwiopijców. Najnowsza z nich wzburzyła graczy - ja jednak daleki jestem od ciskania kołkami w twórców. Powodów takiego stanu można wymienić parę.
Świat Mroku doczekał się już parunastu growych pozycji, ale niemal żadna z nich nie jest do końca udana. Oprócz klasycznego Bloodlines, ograć możemy między innymi detektywistyczne Swansong, visual novels takie jak Shadows of The New York, battle royale Bloodhunt (które zresztą już niedługo zostanie ostatecznie wyłączone) czy przeznaczone na VR Justice. Mimo że uniwersum jest rozbudowane i tkwi w nim potencjał na ciekawe historie, to branża nie potrafi zbytnio go wykorzystać. Tym razem miało się to zmienić.
Jak by nie patrzeć, nowele graficzne nie są bardzo popularnym gatunkiemNa kolejną odsłonę Vampire: The Masquerade - Bloodlines gracze czekali dwadzieścia długich lat, więc pokładali w niej wielkie nadzieje. Częściowo zostały one ostudzone przez deweloperskie piekło, w którym gra się znalazła (premiera była wielokrotnie przekładana, w międzyczasie produkcję przejęło The Chinese Room, studio co prawda utalentowane, ale niemające doświadczenia w grach RPG), przez co można spodziewać się było problemów. Premiera co prawda się odbyła, ale powiedzieć, że nowy Wampir jest zawodem dla graczy, to trochę tak, jakby stwierdzić, że Lamborghini jest całkiem szybkie. Gra została zbombardowana negatywnymi recenzjami, twórcy nasłuchali się na temat zaprzepaszczenia dziedzictwa marki, a wyniki sprzedażowe raczej nie powalają - zwłaszcza patrząc na średnią ilość graczy w tym miesiącu. Bolączki celnie wypunktował też Michał w ramach naszej recenzji Vampire: The Masquerade - Bloodlines 2.
Doskonale rozumiem większość zarzutów kierowanych w stronę produkcji - zaczynając od odejścia od RPG-owych korzeni, uproszczeniu rozgrywki, słabym drzewku rozwoju, ograniczeniu swobody wykonywania zadań, braku zadań pobocznych z prawdziwego zdarzenia, na słabej optymalizacji kończąc. Mankamentów oczywiście znalazłoby się więcej. Nie zmienia to jednak faktu, że nie potrafię spojrzeć na Vampire: The Masquerade - Bloodlines 2 jako na całkowitego crapa. Parę rzeczy w nim „zagrało”, sprawiając, że mimo wszystko całkiem pozytywnie wspominam czas przy nim spędzony. Oto one.
1. Klimat wylewający się z ekranu
Wampir: Maskarada jest całkiem już wiekowym systemem RPG, osadzonym w bardzo ciekawym uniwersum, gdzie świat ludzi przenika świat wampirów. Nocne ssaki żyją na uboczu, prowadząc swoją politykę, ulegając intrygom i konfliktom interesów, przy jednoczesnym zachowaniu zasad tzw. Maskarady - wszystko, co robią, musi pozostać w ukryciu, by ludzkość nigdy nie dowiedziała się o ich istnieniu. Co by nie mówić, nowy Vampire doskonale odwzorowuje klimat owego brudu doprawionego krwią .
W ten żyjący świat aż chce się wierzyć. Co więcej, akcja gry rozgrywa się w święta - miasto nocą, pokryte śniegiem, świąteczne dekoracje, ludzie opatuleni kurtkami. Ze zderzenia brutalności wampirów i łagodności świąt powstaje intrygująca mieszanka. Dodatkowo, immersję buduje ciekawy w założeniach system karzący nas za dziwaczne zachowania publiczne, nieprzystojące prawowitym obywatelom. Co prawda mógłby działać lepiej, lecz i tak - konieczność zachowywania się poprawnie, zakaz podwójnych skoków i wysysania ofiar sprzyja zawieszaniu niewiary.
1 of 3 Caption Attribution Twórcy Vampire: The Masquerade - Bloodlines 2 wiedzą, jak za pomocą środków graficznych tworzyć niepokojący klimat horroru2. Fabularne zawiłości
Z wampirzym klimatem wiąże się bezpośrednio angażująca fabuła, również przez recenzentów zazwyczaj punktowana jako jeden z najjaśniejszych punktów Vampire. Rywalizujące ze sobą klany, anarchiści, problemy z utrzymaniem Maskarady - wszystko to sprawia, że historia wciąga, a gracz zainteresowany jest dalszymi losami bohaterów. Ci zaś są wyjątkowo barwni - z uwodzącą Lou, odrażającym Tollym i sarkastycznym Fabienem na czele. Ponadto, to gra momentów - zwroty akcji są częste i nieraz mnie zaskoczyły. Co więcej, jest tu parę chwil wzruszających, pięknych, a z drugiej strony - również i takich, które trzymają mocno w napięciu. Istnieje więc spora szansa, że historię Nomadki bądź Nomada (zależy od płci bohatera, którą wybierzemy) zapamiętam na długo. Oczywiście bez spoilerów, ale im bliżej końca, tym więcej ciarek na plecach.
Vampire: The Masquerade - Bloodlines 2 - Launch Trailer | PS5 Games Zobacz na YouTube3. Swoboda eksploracji
Przechodząc ściśle do gameplayu - dawno nie biegało mi się po mieście tak dobrze, jak w Vampire: The Masquerade - Bloodlines 2. Na myśl przychodzą mi tutaj takie pozycje jak seria Batman: Arkham, Spider-Man czy starsze odsłony Assassin’s Creed. Tutaj też udostępniono nam niemal całkowitą swobodę skakania po budynkach, jednocześnie mając możliwość nadnaturalnego sprintu i szybowania. Oczywiście należy zachowywać przy tym zasady Maskarady, przez co akrobacje stosuje się tylko i wyłącznie na dachach, a chcąc wejść na budynek, musimy zazwyczaj schować się w bocznej uliczce.
Wspinamy się po śmietnikach, klimatyzatorach, gzymsach i klatkach schodowych, obserwując miasto z góry jak na drapieżnika przystało. Gra nie oferuje opcji szybkiej podróży, ale zupełnie mi to nie przeszkadzało - to akurat jeden z lepiej pomyślanych aspektów gry. Szkoda jedynie, że udostępniony fragment Seattle jest tak ograniczony i mały, a szybszy galop powoduje dławienie się sprzętu… Gdy jednak wszystko działa, jak należy, eksploracja zdecydowanie wywołuje banana na twarzy.
4. Wampirze umiejętności
Co prawda drzewko umiejętności w Vampire może posłużyć innym deweloperom za przykład, jak nie powinno się projektować rozwoju postaci (dość powiedzieć, że pod koniec gry miałem ponad 40 niewykorzystanych punktów umiejętności), lecz same zdolności bitewne są zróżnicowane, wyglądają świetnie i są piekielnie satysfakcjonujące. Wachlarz jest bardzo szeroki - czego tu nie ma! Telekineza, niewidzialność, pazury, uwodzenie, zmuszenie do samobójstwa, gotowanie krwi, teleportacja, rzucanie klątw, opętanie czy manipulacja.
Z tego powodu, mimo że walka jest stosunkowo prosta i przypomina typowe brawlery, to dzięki poczuciu wampirzej potęgi potrafi sprawiać satysfakcję. Poza potyczkami, istnieje także możliwość poznania myśli innych osób, udawania przyjaciół czy rozmawiania z przedmiotami. Nie tylko buduje to wyjątkowy klimat, lecz także pobudza gameplay, do którego przecież jest o co się poprzyczepiać.
1 of 3 Caption Attribution Walka, mimo swojej prostej natury, potrafi sprawić nieco radości ze względu na swoją efektowność i fizyczność5. Muzyka
Jednym z elementów, dzięki którym patrzymy na pierwsze Bloodlines przez różowe okulary, jest kultowy już soundtrack. Co by nie mówić, dzieło Rika Schaffera było dość specyficzne, łącząc typową podniosłość i melancholię charakterystyczną dla muzyki filmowej z graniem typowo gitarowym, nieco wzorując się na Akirze Yamaoce. Co prawda w najnowszej odsłonie Schaffer również udzielał się przy tworzeniu ścieżki dźwiękowej, lecz tym razem pomagali mu również Craig Stuart Garfinkle, Eimar Noone i Mike Lane.
Pomimo iż to praca zbiorowa, duch pierwszej odsłony wciąż jest tu obecny, a muzyka jest bardzo ważnym elementem gry, potęgując klimat. Gdy potrzebna jest cisza, pozwala się jej wybrzmieć podwójnie. Elektryczne gitary towarzyszą nam zarówno w podniosłych momentach, jak i tych spokojniejszych, wręcz nasyconych bluesem amerykańskich restauracji. Mimo że grę już skończyłem, wciąż wracam do niektórych utworów w wolnym czasie bądź przy pracy.
Mimo że Vampire: The Masquerade - Bloodlines 2 nie okazało się rajską wyspą, wciąż jest to tytuł, który warto sprawdzićNajwiększym problemem Vampire: The Masquerade - Bloodlines 2 jest… tytuł. Gra nie miała prawa spełnić dwudziestoletnich oczekiwań, a problemy w produkcji tylko utwierdzały w tym przekonaniu. Gdyby gra była oddzielnym tytułem, jak na przykład Vampire: The Masquerade - Swansong, przyjęta zostałaby znacznie cieplej. Zabawne, że pierwsze Bloodlines początkowo wcale nie spotkało się z lepszym odbiorem. W dniu premiery gra była praktycznie niegrywalna, większość bugów zostało załatane modami, i to po latach. Fani patrzą teraz na produkcję z 2005 roku przez bardzo grube okulary nostalgii oraz przez pryzmat tego, czym gra nie jest, a mogłaby być.
Warto dać Vampire: The Masquerade - Bloodlines 2 szansę. To nie jest gra roku ani nie jest to kontynuacja serii, której oczekiwali jej miłośnicy. Ale wiem, czym ta gra jest - porządną opowieścią w świecie Maskarady, którą warto poznać. Szkoda, że deweloperzy nie nadali jej innego tytułu, który zrzuciłby im z barków brzemię legendy jedynki.









