Donkey Kong Bananza to destrukcyjne szaleństwo, któremu ciężko nie dać się porwać. Gra jest wprost napakowana zawartością i wywraca nasze przwyczajenia do góry nogami, a do tego wciąga jak diabli. Obiecujemy sobie, że zdobędziemy jeszcze jednego banana i zrobimy przerwę. Ale nigdy nie kończy się na jednym!

Niedługo przed premierą Bananzy dowiedzieliśmy się, że nad grą pracował zespół odpowiedzialny za udane Super Mario Odyssey. To widać - nie tylko po podobnej strukturze rozgrywki, skupionej na odnajdywaniu kluczowych przedmiotów (w Odyssey były to księżyce, tutaj są banany), ale także po wysokiej jakości wykonania i masie szalonych pomysłów, które sprawiają, że w tej grze nie da się nudzić. To po prostu jedna z najlepszych trójwymiarowych platformówek, w jakie można zagrać. W dodatku z tak obszerną zawartością, że jej ilość wręcz przytłacza.

1 of 4 Caption Attribution

Destrukcyjna wolność

Donkey Kong Bananza już od pierwszych sekund pokazuje nam, czym różni się od innych przedstawicieli gatunku dostępnych na rynku. Cechą charakterystyczną nowej gry Nintendo jest wysoka plastyczność map i wielka wolność oddana w ręce graczy. Tytułowy goryl może zwyczajnie zrównać z ziemią zdecydowaną większość każdej z dostępnych map, by torować sobie drogę lub dostać się do przedmiotów ukrytych za ścianami - co twórcy oczywiście ochoczo wykorzystują w misjach i wyzwaniach rozsianych po świecie.

DK gołymi pięściami przebija się przez skały, własnoręcznie podkopuje tunele pod przeszkodami i dosłownie odrywa część podłoża, na którym stoi, by móc nim rzucić, wykorzystać w formie prowizorycznej broni obuchowej lub… deskorolki. Uderzać możemy albo w przód, albo w górę, albo w dół, przy czym stara zasada z Minecrafta, żeby nie kopać pod siebie, też ma tu pewne zastosowanie - czasami możemy omyłkowo spaść na niższy poziom levelu albo dobić się do… lawy.

Gdybym miał oszacować, jaką część każdej z map możemy obrócić w pył, to celowałbym w ponad 90%. Odpowiem więc na pytanie, które może Was na tym etapie nurtować. Jak Nintendo zdołało poprowadzić fabułę i wszystkie wyzwania w grze oferującej tak dużą destrukcyjną wolność? Jak twórcy upewnili się, że gracz przez przypadek czegoś nie zepsuje lub nie zablokuje sobie drogi? Otóż rozwiązanie zagadki tkwi w pozostałych 10% mapy, które najczęściej obejmują metalowe stelaże, trzymające najważniejsze miejsca i postacie w ryzach. Metal to materiał, którego nawet Donkey Kong nie jest w stanie rozbić, więc nie da się podkopać jakiegoś NPC tak, żeby spadł na niższy poziom mapy albo zablokować sobie dalsze postępy, niszcząc jedyną drogę do kolejnego celu. Krótko mówiąc: można wesoło machać pięściami do oporu - nic nie zepsujemy.

1 of 3 Caption Attribution

Mechanika rozbijania otoczenia pięściami jest doskonała w swojej prostocie. Radosne rozwalanie skał i ziemi jest tak satysfakcjonujące, że nie wyszedłem z pierwszego pomieszczenia w grze, zanim nie przekopałem się przez każdy metr kwadratowy materiału. Ta satysfakcja wynika po części z faktu, że destrukcja jest głównym sposobem pozyskiwania jednego z surowców w grze - złota. Oznacza to, że nawet jeśli rozwalamy coś tylko „dla zabawy”, to jest to pożyteczne, bo licznik złota w rogu ekranu stopniowo pokazuje coraz wyższą liczbę.

W kontekście rozwałki nie liczcie jednak na cudy. Co prawda wszystkie niewielkie elementy otoczenia zachowują się zgodnie z prawami fizyki, ale duże już nie. Jeśli przekopiemy się przez pagórek czy wytniemy podstawę pnia drzewa, to ten pagórek i drzewo zwyczajnie lewitują w powietrzu. Myślę jednak, że nikt nie oczekiwał, że silnik fizyczny pomoże nam całkowicie przearanżować krajobraz map w grze.

Wszystko kręci się wokół bananów

Donkey Kong Bananza zaczyna się na wyspie Ingot Isle, gdzie DK, wraz z innymi małpami, pracują przy wydobywaniu cennych materiałów. W kopalni nagle pojawiają się przedstawiciele firmy VoidCo, kradną cenne kryształowe banany, znane jako Banandium Gems, a następnie uciekają w głąb Ziemi. Donkey Kong, który za banany dałby się pokroić, rusza w pościg za złoczyńcami, stopniowo zapuszczając się coraz bliżej jądra planety. Wkrótce dołącza do niego 13-letnia dziewczynka Pauline, której historia przez dłuższy czas pozostaje tajemnicą.

Pauline towarzyszy Kongowi na każdym kroku, siedząc mu na ramieniu, ale nie ma zbyt dużego przełożenia na gameplay. Jest utalentowaną wokalistką, a jej śpiew pozwala zdejmować „plomby” nałożone na pewne elementy otoczenia przez VoidCo. Głos dziewczynki ma jednak istotne znaczenie fabularne, bo jest kluczem do zdobywania tytułowych mocy Bananzy, pozwalających bohaterowi zmieniać się w potężne bananowe zwierzęta, np. zebrę, strusia czy wielkiego goryla.

Pauline jest jedyną postacią w grze, dla której nagrano dialogi w języku angielskim - pozostałe albo mamroczą w fikcyjnym języku, albo są całkowicie nieme i komunikują się z nami tylko za pomocą napisów. Szkoda więc, że głos bohaterki kompletnie nie pasuje do kilkunastoletniej dziewczynki, a jej komentarze podczas rozgrywki często są albo zbędne, albo wręcz irytujące. Tak, Pauline, widzę, że z ziemi wypadło jabłko uzupełniające zdrowie albo że zdarłem przeciwnikowi osłonę - nie musisz tego setki razy wykrzykiwać.

Pięknie wyglądają z kolei animacje postaci, szczególnie Donkey Konga, który brak mowy nadrabia ekspresyjnością i zabawną mimiką. Oglądanie, jak ten goryl trzęsie się z zimna w śnieżnych biomach, albo jak wymachuje rękami na krawędzi przepaści, to czyta frajda.

Po fabularnym wprowadzeniu odwiedzamy kolejne, coraz niżej położone światy, a właściwie „warstwy” i „podwarstwy” oznaczone numerami. Zdarzają się mapy mniejsze i większe, ale więcej jest tych o pokaźnych rozmiarach. Każdy świat ma inny charakter i motyw przewodni, a także składa się z unikalnych materiałów do burzenia.

1 of 4 Caption Attribution

Na zmianę pomagamy mieszkańcom danej warstwy pozbyć się bałaganu wprowadzonego przez VoidCo, zdobywamy nowe moce Bananzy i walczymy z bossami, po drodze mierząc się też ze zwykłymi przeciwnikami. Cele główne to jednak tylko niewielka część zabawy, bo jest w tej grze prawdziwe zatrzęsienie znajdziek i dodatkowych wyzwań. Zbieramy wspomniane złoto i bananową walutę, szukamy różnych rodzajów skamielin (za które kupujemy nowe stroje), ale przede wszystkim rozglądamy się za Banandium Gems, czyli kryształowymi bananami, na widok których w oczach Donkey Konga pojawiają się serduszka.

Choć są to odpowiedniki księżyców z Super Mario Odyssey, nie są wymagane do przejścia do kolejnych światów. Zamiast tego, zdobycie pięciu takich bananów zapewnia nam jeden punkt rozwoju. Te z kolei przeznaczamy na kupowanie nowych umiejętności dla DK. Wśród zdolności znajdziemy klasyczne pasywne ulepszenia, jak np. więcej życia, ale też np. nowe ruchy dla tytułowej małpy. W szukaniu wszelakich znajdziek pomaga mechanika sonaru - bohater uderza łapami w ziemię i wysyła falę, która podświetla ukryte za ścianami przedmioty.

1 of 4 Caption Attribution

Co ciekawe, ten sam ruch pozwala w mgnieniu oka zebrać najbliższe przedmioty do podniesienia, najczęściej bryłki złota, które wypadają z ziemi. To bardzo sprytne rozwiązanie. Szkoda tylko, że przy masowym zbieraniu złota grze zdarza się zaliczyć króciutką zacinkę FPS-ów. Niestety w ogrywanej przeze mnie wersji działo się to dość często, bo złoto zbieramy tu w naprawdę hurtowych ilościach. Z czasem się do tego przyzwyczaiłem, ale szczerze mówiąc na tę chwilę jest to jedna z największych bolączek gry. Ciężko stwierdzić, czy uda się to naprawić jakąś aktualizacją.

Banany zdobywamy na najróżniejsze sposoby. Część jest ukryta w światach, które odwiedzamy, ale często w taki sposób, że musimy wykombinować, jak się do nich dostać, bo w pierwszej chwili wydają się być poza zasięgiem. Czasami trzeba nakarmić złote drzewo samorodkami, znaleźć brakujące puzzle w okolicy, a innym razem wystarczy wysłuchać narzekań starej małpy. Pozostałe banany znajdziemy w ramach opcjonalnych wyzwań, które przenoszą nas na osobne areny, poza głównymi mapami. To zadania, które testują nasz refleks, a także umiejętności platformowe i bitewne. Często do zgarnięcia są w nich aż trzy banany, przy czym pierwszy i trzeci są zapewnione za samo przejście, ale drugi jest ukryty lub trudny do zdobycia - to takie zadanie „dla chętnych”. Satysfakcja z otrzymania pełnego, potrójnego pakietu jest jednak ogromna.

1 of 4 Caption Attribution

I właśnie przez tę mechanikę zbierania bananów i innych znajdziek, Donkey Kong Bananza jest tak uzależniające. Cały czas coś odwraca naszą uwagę od głównej drogi, jakiś ukryty kilka metrów dalej obiekt przyciąga wzrok. Niemal na każdym kroku można gdzieś wejść, zejść, coś rozbić, gdzieś się przebić, gdzieś zajrzeć - i znaleźć dodatkową nagrodę zapewniającą wyrzut dopaminy. Często jest tak, że zbaczamy z głównej ścieżki z zamiarem zdobycia jednej znajdźki i powrotu na główny szlak. Gdy jednak docieramy do tej znajdźki, sonar ujawnia kolejną, jedynie ciut dalej. A potem kolejną… Finalnie okazuje się, że skończyliśmy kilkaset metrów od miejsca, w którym zboczyliśmy z głównego szlaku.

Zawsze jest kolejny banan do zdobycia, kolejna skamielina na horyzoncie, kolejne wyzwanie nieopodal. Podczas ogrywania Bananzy do recenzji wielokrotnie obiecywałem sobie, że jeszcze jeden banan i zrobię sobie przerwę. Ale jest ich tak dużo, i wskakują na nasze konto tak szybko, że nigdy nie kończyło się na jednym bananie. Gra jest tak skonstruowana, żeby trudno ją było odłożyć.

Opcjonalnej zawartości jest tu więc multum i ukończenie gry na 100% wymaga nie tylko sporo czasu, ale i niezłych umiejętności. Muszę się jednak choć trochę przyczepić do wspomnianych wcześniej zadań, które przenoszą nas na chwilę do osobnych aren. W pierwszej połowie gry zagadki i wyzwania są trochę mało kreatywne, bo niemal wszystko sprowadza się po prostu do bicia pięściami w różne rodzaje materiałów. Dopiero potem deweloperzy wprowadzili nieco ciekawsze pomysły, np. kostki lodu, które staczają się z równi pochyłej i które trzeba poprowadzić w specjalne pojemniki, budując „tor” z materiałów. Niestety to samo tyczy się walk z bossami - w pierwszej połowie gry są to zazwyczaj duże wersje zwykłych przeciwników, a dopiero później robi się ciekawiej.

Inaczej wygląda sprawa z samymi mapami. Światy zachwycają nietuzinkowością i projektem, a deweloperzy nie wystrzelali się z najlepszych pomysłów w pierwszych levelach. Wręcz przeciwnie, każdy kolejny zaskakuje i wprowadza nowe mechaniki czy rodzaje materiałów. Są tu co prawda warstwy nieco kameralne i mniej wystrzałowe, ale po nich w prezencie dostajemy mapy, które są prawdziwym widowiskiem.

1 of 4 Caption Attribution

Walka nie jest zbyt rozbudowana, ale to kompletnie nie przeszkadza. Małych przeciwników Kong bierze „na strzała”, a celnie wymierzony sierpowy posyła ich jak z armaty. I to dosłownie, bo często rozbijają swoimi bezwładnymi ciałami część otoczenia, robiąc wyrwę w skale czy burząc ścianę. Zdarzają się też tacy, którzy są obudowani w różnego rodzaju pancerze. Te można albo zniszczyć w walce wręcz, albo ciskając w przeciwnika świeżo wyrwanym spod stóp kawałkiem skały.

No i są też tytułowe, wspomniane już Bananzy. Wystarczy zebrać nieco złota, by napełnić energię, i już można się przemienić w wybraną zwierzęcą postać. Transformacja działa przez krótką chwilę, ale budzi w Donkey Kongu specjalne moce, zależne od wybranej Bananzy. Przykładowo wielki goryl ma potężniejszy cios, zebra szybko biega, a struś pozwala bohaterowi się unosić.

1 of 3 Caption Attribution

Kamień pokonuje cierń

Fakt, że Donkey Kong Bananza zapewnia nam taką wolność w niszczeniu otoczenia, wprowadza ciekawą dynamikę i potrafi wywrócić nasze platformówkowe przyzwyczajenia do góry nogami. Zamiast przeskoczyć nad śmiercionośnymi laserami czy cierniami, DK może się zwyczajnie przekopać pod nimi. Zamiast próbować lawirować między ruchomymi ścianami, które próbują nas zrzucić w przepaść, możemy zdecydować się na zrobienie w nich wyrwy, żeby nie stanowiły zagrożenia.

Wiele problemów można rozwiązać na co najmniej kilka sposobów. Przykład? Bananowy wąż, którego chcemy dopaść, ucieka na okrągłej arenie z dużym kamieniem w centrum i błotem na ziemi. Błoto sprawia, że Donkey Kong porusza się wolno, a kamień na środku ułatwia wężowi ucieczkę przed gorylem. Możemy co prawda rzucać w węża skałami z dystansu, co nie jest złym rozwiązaniem, ale można też całkowicie pozbyć się błota i kamienia na środku, by stworzyć dogodne warunki do pościgu. Inna opcja to skorzystanie z Bananzy-Zebry, która ignoruje śliskość materiałów pod nogami. Przypomina mi to ostatnie odsłony Zeldy, w których także nie było jednego słusznego sposobu na poradzenie sobie z wieloma przeciwnościami.

Korzystając z systemu destrukcji, trzeba zwracać uwagę na twardość i charakterystykę materiałów, bo to właśnie one definiują, co stanie się po zderzeniu dwóch obiektów. Ciśnięcie w przeciwnika grudką ziemi nie zrobi na nim zbyt dużego wrażenia, ale cios ze skały z pewnością odczuje. Ciernie to miękki materiał, ale nie możemy go dotknąć - trzeba oczyścić drogę kamieniem. Materiałów jest całe mnóstwo: to nie tylko ziemia, skała i drewno, ale też kryształ, śnieg a nawet… bułka, ser i pomidor.

Trochę niewygodne jest w tej grze sterowanie Kongiem na pionowych powierzchniach, czyli podczas wspinaczki. Ciężko wydać bohaterowi polecenie odskoku od ściany w danym kierunku, a ponadto bardzo często zdarza się, że DK postanawia bez zapowiedzi puścić chwyt, gdy uzna, że kąt ściany mu nie odpowiada, co kończy się spadkiem w przepaść, zazwyczaj bez możliwości uratowania się. Twórcy chyba zdawali sobie z tego sprawę i na szczęście w grze można kupić balony, które ratują małpę od utraty życia w przepaści, przenosząc go w ostatnie bezpieczne miejsce. Pakiet balonów jest tani jak barszcz i tak naprawdę już na początku gry można wyposażyć się w setki takich ułatwiaczy, które powinny wystarczyć do końca przygody.

A propos końca przygody. Spoilerów oczywiście nie będzie, ale muszę przyznać, że pod koniec gry Donkey Kong Bananza zaskoczyło mnie pozytywnie nie raz, nie dwa, nie trzy, ani nawet nie cztery razy. Niesamowite, ile ciekawych pomysłów zostało twórcom jeszcze na tym etapie. No i tak - jest tu co robić nawet po zakończeniu głównego wątku!

Grafika, wydajność i... tryb rzeźbiarza

Jeśli chodzi o płynność, to gra zdaje się trzymać stałe 60 klatek na sekundę zarówno w trybie stacjonalnym, jak i handheldowym - z wyłączeniem wspomnianego zbierania złota, które powoduje „mikrozacinki”. Sporadycznie zdarzają się też spadki podczas wymagających scen, np. gdy gra musi obliczyć interakcje między wieloma materiałami w obrębie ekranu. Takie sytuacje można jednak policzyć na palcach.

Grafika robi dobre wrażenie i mimo że w pierwotnych założeniach gra miała trafić jeszcze na Switcha 1, widać, że to tytuł z „dwójki”. Mapy są usłane najróżniejszymi obiektami, modele postaci prezentują niezłą szczegółowość, a zasięg rysowania robi wrażenie - szczególnie że wielokrotnie odwiedzamy tu duże mapy, z ładnymi widokami na horyzoncie. Pewne zastrzeżenia mam do sierści Donkey Konga, bo gdyby pomalować ją na zielono (co, jak na ironię, można zrobić w grze) wyglądałaby jak małe kępki trawy. Obliczane w czasie rzeczywistym cienie na modelach postaci także nie zachwycają, bo często są dość brzydkie i postrzępione. Nie przeszkadza to jednak w cieszeniu się rozgrywką i historią.

System zarządzania terenem w Donkey Kong Bananza jest tak rozbudowany, że twórcom udało się na jego podstawie przygotować osobny „tryb rzeźbiarza”, zwany DK Artist. Dostajemy w nim gotowe modele, które możemy kształtować według własnego uznania, zabierając lub dokładając materiał, a finalnie malując go farbami - przy czym kursorem możemy sterować również w trybie joyconowej myszy. Jest to raczej ciekawostka, którą większość graczy włączy na kilka minut, ale całkiem przyjemna.

Podsumowanie

Donkey Kong Bananza wzbudziło we mnie silny syndrom jeszcze jednego banana. Eksplorowanie pięknych, buzujących kolorami i pomysłami światów, przekopywanie się przez ziemię w poszukiwaniu złota i rozglądanie się za tymi bogatymi w potas owocami jest piekielnie uzależniające. Nintendo ma w portfolio kolejną doskonałą platformówkę 3D.

Ocena: 9/10

Plusy: + Niszczenie otoczenia to czysty fun, a w dodatku ta mechanika wywraca nasze przyzwyczajenia z innych gier do góry nogami + Ogrom zawartości: wielkie poziomy, niezliczone wyzwania dodatkowe i znajdźki + Zbieranie bananów uzależnia jak diabli + Światy zachwycają nietuzinkowością i wyglądem, każdy ma własną osobowość + Cudowne, pełne ekspresji animacje postaci, szczególnie samego Donkey Konga + Niezła grafika Minusy: - Pauline bywa irytująca, a jej głos kompletnie nie pasuje do 13-letniej dziewczynki - Donkey Kong potrafi niespodziewanie puścić się podczas wspinaczki po pionowych powierzchniach - Krótkotrwałe zacięcia płynności podczas zbierania złota w dużej ilości

Recenzja gry została przygotowana na podstawie egzemplarza dostarczonego nieodpłatnie przez wydawcę.