Chyba każdy gracz mógłby przywołać tytuł, który rozpalił w nim miłość do gier. Jak pierwszy pocałunek, tak pierwsza gra zapada głęboko w pamięć. Sam pamiętam „ten pierwszy raz” chyba dla każdej platformy, na której dane było mi grać. Pong na Atari 2600, Contra na Pegazusie, Rick Dangerous na Commodore C64, Cannon Fodder na Amidze 600, czy Cadillacs and Dinosaurs na automatach.
Ale największym sentymentem darzę na pewno Panzer General - moją pierwszą grę na PC. Sam nie posiadałem jeszcze wówczas własnej maszyny, więc żeby pograć chodziłem do kolegi, który miał już wtedy nowiutkiego IBM-a. Ach, cóż to były za słodkie chwile spędzone przed kineskopem monitora, gdy w turowym systemie prowadziliśmy wielkie bitwy II wojny światowej! Takie wspomnienia pozostają z człowiekiem do końca życia, z tym że… z reguły mocno wypaczają rzeczywisty obraz danej produkcji.
Na to, jak postrzegamy pozytywne wspomnienia, niemały wpływ ma mechanizm idealizacji. Już Zygmunt Freud w 1914 roku pisał: „Idealizacja jest procesem dotyczącym obiektu, w którym obiekt, bez jakiejkolwiek zmiany swojej natury, zostaje wywyższony i uwznioślony w umyśle podmiotu”. Znaczy to ni mniej, ni więcej, że nasz mózg odrzuca negatywne aspekty związane z „obiektem” (zdarzeniem, osobą, przedmiotem etc.), jednocześnie wzmacniając jego pozytywny obraz. Mamy bowiem tendencję do przypisywania wyjątkowej wartości bytom, które mają dla nas szczególną wartość emocjonalną. Bardzo często idealizacja dotyczy okresu dzieciństwa, gdyż obfituje ono w zdarzenia pozytywne. Oczywiście subiektywnie, dziecko nie jest bowiem obciążone dalekosiężnym przewidywaniem konsekwencji swoich działań, przez co wszystko wydaje się prostsze i beztroskie. W mechanizm ten wpisują się również gry jako rzeczy przyjemne, a ich wyidealizowane odbicie trafia do naszych wspomnień, utrwalających się z biegiem lat. I biada tym, którzy chcieliby ten obraz odświeżyć!
Jedno z pierwszych growych wspomnień…Całkiem niedawno, bo w 2021 roku, światło dzienne ujrzała zremasterowana wersja gry Diablo II, o jakże znamiennym podtytule Resurrected. Jako, że Diablo I i II to były dla mnie od zawsze absolutne klasyki, zdecydowałem się bez zastanowienia kupić odświeżoną odsłonę i bez zwłoki przystąpiłem do grania. Twórcy dodali do nowej edycji całkiem ciekawą funkcjonalność, która za kliknięciem jednego przycisku pozwala nam przełączać się w czasie rzeczywistym pomiędzy grafiką z oryginału a wersją zremasterowaną. Gdy odpaliłem pierwszy level w odnowionej wersji pomyślałem: „Ach! Stary dobry Diablos, nic się nie zmienił od tamtych lat…”. I dopiero, gdy przyszło mi do głowy przełączyć się na grafikę z 2000 roku, o mało nie spadłem z fotela. Pikseloza, jaka uderzyła mnie po oczach, przyprawiła mnie niemal o ból głowy. Poszarpane krawędzie, przejaskrawione kolory, rozmyte tekstury, powtarzalność elementów - wszystko wydawało się nie tak, jak być powinno. Na szczęście po szybkim powrocie do uwspółcześnionej grafiki, ból głowy i oczopląs minęły, a ja oddałem się rozgrywce, która nie zestarzała się prawie wcale. Niestety nie wszystkie odświeżone produkcje z dzieciństwa da się przywrócić do wyidealizowanego stanu w tak prosty sposób.
Diablo 2 vs Diablo 2 Resurrected Graphics Comparison Short Zobacz na YouTubeW kilku przypadkach mój powrót do gier ze wspomnień skończył się tragicznie. Utraciłem bezpowrotnie perfekcyjną wręcz wizję kilku kultowych produkcji, tak skrzętnie pielęgnowaną przez moją podświadomość. Powrót do Quake’a uzmysłowił mi, jak bardzo oszukiwany byłem przez własny umysł. Obraz przestrzennych, ładnych leveli, pełnych szczegółów, zastąpiony został wizją kanciastych poziomów, wypełnionych nieostrymi teksturami o rozmytych detalach. Mój ukochany Hidden and Dangerous 2 okazał się taki… pusty i surowy. Rzucało się to w oczy zwłaszcza przy szerszych planach, które w brutalny sposób uwidaczniały, jak biednie prezentuje się otoczenie. W stareńkim Shadow Warrior, o ile rozpikselowana grafika mnie tak nie męczyła (przygotowałem się na to psychicznie), o tyle archaiczny system sterowania odbierał całkowicie przyjemność płynącą z grania.
I może byłbym w stanie ścierpieć to wszystko, gdyby nie fakt, że niestety uczuciem bolesnego rozczarowania dotknięta została również pierwsza część Wiedźmina. Gra, która w pierwszej dekadzie nowego milenium wydawała mi się niedoścignionym ideałem, taka też pozostawała w mojej pamięci do momentu odpalenia jej po latach. Wówczas dopiero dotarło do mnie, że pierwszy „Wiesiek” nie zestarzał się zbyt dobrze. Zwłaszcza postacie wydały się z perspektywy czasu strasznie karykaturalne, wręcz niepasujące do otoczenia (nie wspominając o powtarzalności wizualnej NPC-ów). Również mechaniki kulały, a już w szczególności system walki. Zdaje się, że jeszcze kilka innych rzeczy dość znacznie mi nie przypasowało, ale ich niesmak zatarł się już częściowo w mojej pamięci. Na szczęście.
„Ależ ja mam paskudny uśmiech, pomyślał Geralt, sięgając po miecz. Ależ ja mam paskudną gębę. Ależ ja paskudnie mrużę oczy. Więc tak wyglądam? Zaraza” - Andrzej Sapkowski, Miecz Przeznaczenia.Jednak nie każda wyidealizowana produkcja, do której wracałam po latach, okazywała się tak bolesnym rozczarowaniem. Wiele gier zdawało się w dalszym ciągu przynosić mi wiele przyjemności i zabawy, mimo iż zapamiętałem je inaczej. Świetnym tego przykładem było kilka strategii, odświeżanych przeze mnie ostatnio. Star Craft, Tiberian Sun, Red Alert 2, czy Cossacks we wszelkich odsłonach to w dalszym ciągu tytuły najwyższej próby. Może już nie tak ładne, nie tak nowatorskie, ale ciągle niesamowicie grywalne i dające sporo radości. Niestety to nie tak, że wszystkie strategie radzą sobie tak dobrze w tym względzie. Już takie produkcje jak Empire Earth czy Rise of Nations, mimo że zapamiętałem je jako pełne emocjonującej rozgrywki, po latach wydają się trącić myszką i wiać nudą.
Dobra wiadomość dla osób przywiązujących wagę do aspektów wizualnych w grach strategicznych - w 2017 Blizzard wydał Star Craft: RemasteredJest jeszcze jedna kategoria gier z dzieciństwa, a mianowicie te, które nie zdążyły się utrwalić we wspomnieniach jako ideał, ponieważ regularnie są przeze mnie ogrywane. Boskie Age of Empires II z kolejnymi dodatkami, pierwsze Fallouty, czy Heroes II-IV rozpalają we mnie tą pierwotną miłość za każdym razem, gdy znów zostają zainstalowane na dysku, a dzieje się to nadzwyczaj często. Wracam wówczas do tej krainy szczęśliwości, gdzie wszystko było proste i nieskomplikowane. Do czasów beztroskich zabaw na trzepaku, szaleństw z kumplami na rowerze, wakacji nad jeziorem i… grania w świetne gry.
A! I zapomniałbym - last but not least, wiecznie aktualny debeściak pod każdym względem - Duke Nukem 3D! Hail to the king, baby!









