Podczas przedpremierowych testów Borderlands 4 jeden z zachodnich dziennikarzy znalazł miejsce, które może być wewnętrznym żartem studia Gearbox. Obiektem drwin jest najprawdopodobniej poprzedni właściciel amerykańskiego zespołu.

Redaktor Kotaku, który przedpremierowo ogrywał Borderlands 4, trafił w zachodniej części ogromnej mapy gry na ciekawe miejsce. Znajduje się tam obszar o podejrzanie znajomo brzmiącej nazwie „Embracer’s Bluff”, czego naprawdę trudno nie skojarzyć z burzliwą historią studia Gearboxa i jego byłego właściciela - Embracer Group. Najwyraźniej twórcy gry puszczają oczko do fanów i całej branży.

Dla przypomnienia: Embracer przez kilka lat wykupywał wszystko, co popadnie - od Gearboxa i Aspyr po marki takie jak Tomb Raider czy The Lord of the Rings. Grupa szybko stała się jednym z największych graczy na rynku, ale jej imperium runęło już w 2023 roku po fiasku ogromnej umowy. W efekcie część studiów została zamknięta, tysiące osób straciło pracę, a Gearbox już rok później wrócił pod skrzydła 2K i to za mniej niż połowę ceny, którą wcześniej zapłacono.

Borderlands 4 Seems To Include A Direct Jab At Gearbox's Former Owner Embracer https://t.co/BuchqGrLdd

— Kotaku (@Kotaku) September 11, 2025

Aby zobaczyć treść, włącz cookies targeting. Zarządzaj ustawieniami cookies

Jak nietrudno się domyślić, „Embracer’s Bluff” - co możemy chyba rozumieć jako „Blef Embracera” - w grze nie jest zbyt przyjaznym miejscem. Natrafimy tam na atakujące bez ustanku latające stwory, w centrum miasteczka znajdziemy wielką stertę śmieci i kilka dość groteskowych questów, w tym jeden ze znienawidzoną przez mieszkańców gadającą toaletą AI. Nad wszystkim czuwa ekscentryczny burmistrz-król, który urzęduje w jacuzzi obok korony i zabawek erotycznych.

Czy to zwykły zbieg okoliczności, czy też złośliwe mrugnięcie okiem w stronę byłego właściciela? Oficjalnie Gearbox nie skomentował jeszcze sprawy, ale biorąc pod uwagę, że sam Randy Pitchford mówił wcześniej, iż doświadczenia z Embracer Group zainspirowały fabułę Borderlands 4, trudno nie traktować tego miejsca jak pstryczka w nos poprzedniego wydawcy.