Jedna z najlepszych odsłon Assassin’s Creed ostatnich 10 lat i pierwsza od Origins, która nie zmęczyła mnie przed napisami końcowymi. Black Flag Resynced umiejętnie eksponuje największe zalety oryginału i pozbywa się jego słabości.

Dzięki Black Flag Resynced wracamy do 2013 roku, gdy bohaterowie serii Assassin’s Creed mieli wyrazistą osobowość i po prostu dało się ich lubić, a postacie drugoplanowe kipiały charyzmą. Dziś łatwo zapomnieć, że dla Ubisoftu liczyły się kiedyś świetnie napisane dialogi i przekonująca gra aktorska. Remake przygód Edwarda Kenwaya pod wieloma względami wręcz deklasuje wydane w 2025 roku Assassin’s Creed Shadows. Dlatego też o ile Shadows przyznałem ocenę 6/10, nota dla tej odsłony jest odpowiednio wyższa.

Już na wstępie przekażę Wam też informację, którą ja chciałbym poznać od recenzenta: przejście fabuły, zadań pobocznych, wszystkich kluczowych misji dodanych w remake’u i ukończenie części aktywności w otwartym świecie zajęło mi 29 godzin. To całkiem skromna liczba na tle najnowszych odsłon Assassin’s Creed - i całe szczęście!

1 of 10 Caption Attribution

Mądre podejście do remake'u

Edward Kenway wychował się na walijskiej farmie, gdzie jego rodzina od pokoleń zajmowała się hodowlą owiec. On jednak marzy o życiu, które zapewniłoby dostatek nie tylko jemu, ale przede wszystkim jego żonie, Caroline. Zaciąga się więc na korsarski okręt i wyrusza na Karaiby, wierząc, że kilka lat na morzu pozwoli mu wrócić do domu jako zamożny człowiek.

Katastrofa na morzu sprawia, że Edward nieświadomie wplątuje się w konflikt pomiędzy bractwem Asasynów a Templariuszami, dzięki czemu zyskuje dostęp do informacji, które otwierają przed nim drogę do legendarnych skarbów i sekretów Karaibów. Przejmuje dowodzenie nad brygiem Kawka, kompletuje załogę korsarzy i rusza na pełne morze z nadzieją, że fortuna, którą zdobędzie, zapewni jemu i Caroline spokojne życie.

Black Flag Resynced to znajoma mieszanka cutscen, rozmów, skradania, walki na lądzie i morzu, a także eksploracji. Oryginał powstał jednak w czasach, gdy misje w Assassin’s Creed były ciekawsze, miały przyjemne tempo i strukturę. Nie były przeciągnięte, nie nudziły, a twórcy wiedzieli, kiedy warto uraczyć nas nieco bardziej oskryptowanym fragmentem, żeby serce zabiło mocniej. Całe szczęście, że to wszystko przeniesiono do remake’u, i to w jeszcze bardziej dopracowanej wersji.

Każda z postaci, które spotykamy na drodze w ramach wątku fabularnego ma własne motywacje i niepowtarzalny charakter. Początkujący pirat-dżentelmen Stede Bonnet, legendarny Czarnobrody, tajemniczy James Kidd, lojalny kwatermistrz i były niewolnik Adewale czy charyzmatyczny Benjamin Hornigold - wszyscy tworzą barwny wachlarz bohaterów, i jeśli będzie to Wasze pierwsze spotkanie z Black Flag, szykujcie się na wspaniałą przygodę pełną postaci, które po prostu zapadają w pamięć.

1 of 3 Caption Attribution

Struktura misji jest z grubsza taka sama jak w oryginale. W niektórych miejscach Ubisoft zdecydował się na pewne zmiany, ale wszystkie są przemyślane i służą uczynieniu Black Flag jeszcze lepszą grą. Przykładem może być misja, w której Edward musi zdobyć tzw. dzwon do nurkowania. W pierwowzorze mogliśmy go tylko kupić, natomiast w remake’u mamy wybór: udać się do sklepu albo wybrać znacznie ciekawszy wariant, czyli pożeglować do miejsca wskazanego przez Adewale i ukraść dzwon jego aktualnym właścicielom, w iście pirackim stylu. Takich modyfikacji jest więcej: gdzieś dodano krótką cutscenkę lub nowy dialog, innym razem zmienia się droga do celu, a kluczowych przeciwników zamieniono na bossów z paskiem życia u góry ekranu.

W remake’u Black Flag znajdziemy też inspiracje nowszymi odsłonami serii, szczególnie Shadows - dodano przykładowo możliwość automatycznego podążania za postacią, która z nami rozmawia, swobodnego wkładania i zdejmowania kaptura oraz dedykowany przycisk od kucania (więcej o tym za chwilę). Sporą zmianą jest też fakt, że często sami musimy znaleźć znaleźć cel zadania, rozglądając się za zielonym znacznikiem w trybie skupienia, który podświetla kluczowe elementy wokół nas. W oryginale takie miejsca lub postacie były po prostu od razu oznaczone.

Jest też nieco elementów RPG, ale na szczęście Ubisoft nie zrobił z Black Flag drugiego Odyssey czy Valhalli. Możemy kolekcjonować różne rodzaje oręża, a także zawieszek, a każdy przedmiot ma inne statystyki i bonusy. Jeśli jednak nie lubicie porównywać „statów”, naprawdę nie musicie się martwić: system jest bardzo prosty, a z tego, co widziałem, w grze jest maksymalnie kilkanaście rodzajów oręża, przy czym większość można kupić w sklepach. Stroje na szczęście nie mają statystyk pancerza i pełnią wyłącznie funkcję ozdobną.

Odświeżone przygody Edwarda działają też w drugą stronę, bo Ubisoft powrócił do mechanik, których dawno w serii nie było: możemy zapłacić tancerkom lub lokalnym opryszkom, by zajęli się strażnikami, a główny bohater potrafi wtopić się w otoczenie, siadając na ławce, lub rozrzucić wokół siebie garść pieniędzy, która zwabi okolicznych NPC i wywoła zamieszanie.

Ubisoft przygotował też całkowicie nowe misje, które łącznie składają się na 6 godzin dodatkowej rozgrywki. To pełnoprawne, duże wątki wplecione w główną fabułę, z mnóstwem przerywników filmowych i nowych dialogów. Na największe wyróżnienie zasługują misje z oficerami, czyli trzema nowymi członkami załogi, których możemy zwerbować do naszej kompanii - o ile pomożemy im w osobistych sprawach niecierpiących zwłoki. Nie dość, że są to najlepsze misje wśród całej nowej zawartości dodanej w remake’u, to ich zaliczenie ulepsza Kawkę o nowe cechy, nieobecne w oryginale. Jednym z takich bonusów jest możliwość ograniczenia obrażeń z wrogich kul, jeśli uchylimy się przed ostrzałem w ostatnim momencie. Brzmi jak drobnostka, ale wprowadza kolejny świetny element do mechaniki walk morskich.

Moim faworytem wśród oficerów jest Deadman, w polskiej wersji całkiem zgrabnie nazwany Umrzykiem. To małomówny, wychudzony niewolnik, który jest przekonany, że niedługo umrze. Jego historia potrafi chwycić za serce, ale jej poznanie pozostawiam oczywiście Wam. Ubisoft przygotował też coś w rodzaju misji „endgame’owych”, które wprowadzają jeszcze jeden ciekawy wątek. Szczegółów nie zdradzę, ale to historia, która domyka ważny etap w życiu Edwarda i stanowi zwieńczenie jego rozwoju jako bohatera.

Szablą, pistoletem i ukrytym ostrzem

To nie byłby pełnoprawny remake, gdyby całkowicie od nowa nie zbudowano też systemu walki. Przypomina on to, co znamy z „nowej fali” Assassin’s Creed, czyli od Origins wzwyż, ale najbardziej podobny jest do Assassin’s Creed Shadows. Kluczowe jest zlikwidowanie paska obrony przeciwnika, co możemy zrobić albo poprzez obijanie go zwykłymi atakami, albo poprzez parowanie w odpowiednim momencie i kontrę. Są też inne, bardziej zaawansowane metody, jak kopniak podcinający, strzał z pistoletu czy przygwożdżenie wroga do ściany. Zbicie paska obrony do zera powoduje, że Edward może wykończyć rywala (a nawet kilku z nich) efektownym finisherem.

Jak to wypada w praktyce? Powiem tak: gdyby to był system walki w „pełnoprawnym”, nowym Assassin’s Creed, to byłbym zawiedziony, bo nie jest ani atrakcyjny pod względem choreografii, ani szczególnie skomplikowany mechanicznie. Można powiedzieć, że jak na remake sprawdza się nieźle. Musicie tylko pamiętać, że ja generalnie nie jestem fanem walki w Assassin’s Creed i wciąż uważam, że to jeden z najsłabszych elementów serii od samych jej początków.

1 of 4 Caption Attribution

Jednocześnie muszę przyznać, że w miarę upływu kolejnych godzin w Black Flag Resynced, ten system walki zaczął do mnie przemawiać. Kontry z finisherem dodają starciom przyjemnego flow, a z czasem nauczyłem się eliminować wrogów jak najbardziej efektywnie, np. wykorzystując wspomniane wcześniej wkopywanie na ścianę, które wymaga odpowiedniego ustawienia się.

Fakt, że system walki jest lepszy niż w oryginale, w którym tylko czekaliśmy na okazję do kontrataku, nie podlega dyskusji. Najbardziej żałuję po prostu, że walka nie jest przyjemna dla oka. Animacje są pokraczne, ciosy przesadnie zamaszyste, a przez to karykaturalne - no ale to problem wszystkich części od Origins włącznie. Cieszę się natomiast, że korzystanie z pistoletów jest tak przyjemne. Zatrzymanie szarżującego na nas wroga celnym strzałem i natychmiastowy finisher to coś, co nie nudzi się nawet przez kilkadziesiąt godzin gry. I tak, można oddawać serię strzałów jeden po drugim, tak jak w oryginale, szczególnie po zwiększeniu liczby przenoszonych przez Kenwaya pistoletów.

1 of 4 Caption Attribution

Jeśli chodzi o skradanie, podstawowe założenia są dobrze znane - staramy się „rozmontować” wrogie patrole, po kolei eliminując wrogów, na których nikt nie patrzy. Dwie największe nowości obejmują mechanikę kucania - ale bez czołgania się z Shadows - oraz wskaźnik widoczności naszej postaci u góry ekranu, również wprowadzony w Shadows.

Wskaźnik wydał mi się kompletnie bezużyteczny i nie widzę powodu, dla którego mielibyśmy z niego korzystać - chyba że ktoś chce skradać się naprawdę powoli i naprawdę ostrożnie. W Shadows był on kluczowy i wpisany w DNA systemów skradania, szczególnie że mogliśmy pozbywać się źródeł światła i tworzyć cień, ale oryginalne Black Flag nie powstało z myślą o systemie widoczności, więc w remake’u też nie ma on zastosowania.

1 of 6 Caption Attribution

Z kolei swobodne kucanie zmienia bardzo dużo: wprowadza dużo świeżości do skostniałego systemu, w którym postać kucała tylko wtedy, gdy wchodziliśmy w zarośla. Dzięki niemu skradanie jest naturalne i działa tak, jak w większości nowoczesnych gier.

Dokładnie tak jak w Shadows funkcjonuje też Wzrok Orła (czyli asasynowy wallhack) i oznaczanie przeciwników. Najłatwiej jest po prostu włączyć Wzrok Orła, a potem „przejechać” po sylwetkach wrogów wskaźnikiem na środku ekranu, co na stałe oznaczy ich pozycję. Jeśli robimy to regularnie, to zawsze wiemy, gdzie są wrogowie, i po prostu staramy się ich potem wymanewrować.

1 of 5 Caption Attribution

Zgodnie z tradycją serii, przeciwnicy nie są zbyt mądrzy i sprawiają wrażenie, że ich zachowanie opiera się na kilku prostych instrukcjach. To klasyka serii, ale tym razem twórcy próbują to najwyraźniej zrekompensować krótkim czasem wykrycia naszej postaci. Efekt jest taki, że gdy ktoś nas zauważy, to tak szybko przechodzi w stan zaalarmowania, że często nawet natychmiastowa reakcja (np. schowanie się za osłoną) nic nie da. Powiem szczerze, że nie pamiętam drugiego Assassin’s Creed, w którym tyle razy „spaliłem” skradanie i musiałem uciec się do otwartej walki. Jak dla mnie, czas wykrycia naszej postaci przez wrogów mógłby być dłuższy, żeby zachować płynność i frajdę ze skradania.

Wraz z unowocześnieniem mechanik oryginału, dostajemy też najnowsze dokonania Ubisoftu jeśli chodzi o parkour. W skrócie: jest tak jak w Assassin’s Creed Shadows, co oznacza dla graczy bardzo dobre wieści. Wspinaczka i skakanie po dachach jest responsywne, przyjemne i całkiem atrakcyjne wizualnie. Oczywiście Edward nie robi salt w powietrzu i innych akrobacji, którymi popisywała się Naoe.

Tak jak w oryginale, w Black Flag Resynced znajdziemy na dachach budynków karty z szantami, które, gdy się do nich zbliżymy, zaczynają uciekać różnymi pokrętnymi ścieżkami - a naszym zadaniem jest ich dogonienie, co wystawia na próbę umiejętności parkourowe. Ani razu nie miałem z tym problemu i myślę, że to dobrze świadczy o tym, jak wygodny jest system parkouru w najnowszych odsłonach Assassin’s Creed.

Tutaj nie ma miejsca dla szczurów lądowych

Jeśli graliście w oryginał, to wiecie, że żeglowanie po otwartym morzu i abordaże pokonanych statków to jedne z największych atrakcji Black Flag. Do dziś żadnej singlowej grze nie udało się oddać adrenaliny i satysfakcji z walk morskich tak, jak zrobił to Ubisoft. Fundamenty tych mechanik pozostały niemal nietknięte, choć i tutaj znalazło się miejsce na kilka usprawnień.

Jednym z nich jest tryb autopilota, który okazuje się nieoceniony podczas dalekich rejsów, potrafiących trwać nawet kilkanaście minut. Dodano też kołowe menu wyboru szantów, które działa jak zmiana stacji radiowych, pozwalając błyskawicznie przełączać utwory śpiewane przez załogę. Największą nowością są jednak alternatywne tryby ostrzału dla każdego rodzaju uzbrojenia. Przykładowo przednie działa mogą wystrzeliwać kule spięte łańcuchami, które owijają żagle przeciwnika, spowalniając jego okręt.

1 of 10 Caption Attribution

Po solidnym rozbudowaniu Kawki statek Edwarda staje się właściwie okrętem wojennym. Niewiele jest w grach dźwięków przyjemniejszych od potężnej salwy z ulepszonych burtowych armat Kawki, które dosłownie dziurawią mniejsze statki w kilka sekund.

Trochę szkoda, że Ubisoft nie dodał jakiejś alternatywnej metody na naprawianie statku w trakcie walki z wieloma okrętami. Pozostaje nam sposób z oryginału, czyli abordaż jednego ze statków, pokonanie załogi w walce wręcz i wybranie nagrody w postaci uzupełnienia wytrzymałości Kawki. Abordaże trwają dość długo, więc jeśli nie mamy akurat ochoty na szturmowanie pokładu przeciwnika, walki morskie stają się niepotrzebnie przeciągnięte.

Otwarty świat, który nie przytłacza

Największe brawa należą się jednak Ubisoftowi za rozsądne podejście do otwartego świata i ilości dostępnej zawartości. Twórcy nie próbowali na siłę rozciągnąć remake'u do 100 godzin zabawy. W Black Flag Resynced aktywności „dla chętnych” jest wprawdzie sporo - wyraźnie więcej niż w oryginale - ale nie przytłaczają i nie są obowiązkowe... no, może do pewnego stopnia. Wykonując zadania fabularne, dość szybko wypływamy na niebezpieczne wody, i jeśli nasza Kawka nie ma kupionych kilku kluczowych ulepszeń, to wrogie statki ścierają nas na miazgę.

Co więc możemy robić poza głównym wątkiem? Polować na zwierzęta, nurkować w wodzie w poszukiwaniu zatopionych kosztowności, podejmować się zleceń na cele na lądzie i morzu czy przejmować przybrzeżne forty, ostrzeliwując je ze statku, a następnie własnoręcznie rozprawiając się z przebywającym tam wojskiem. Jest też rozbudowany system ulepszania Kawki oraz nieco mniej rozbudowany system rozwoju głównego bohatera, w ramach którego wytwarza się drobne usprawnienia ekwipunku ze skór zwierząt. Na mapie jest też całe mnóstwo większych i mniejszych wysp, które można przeczesać pod kątem tajemnic i znajdziek.

Edward dysponuje również własną posiadłością, którą możemy stopniowo rozbudowywać i upiększać za zdobyte pieniądze, zyskując jednocześnie pasywne bonusy. Pokonane na morzu okręty można z kolei przejmować i wcielać do prywatnej floty Edwarda, a następnie wysyłać je na wyprawy, które - jeśli się powiodą - przynoszą cenne surowce i złoto.

1 of 5 Caption Attribution

Czym byłaby jednak piracka przygoda bez poszukiwania skarbów? Po całym świecie rozsiano setki skrzyń skrywających mniej lub bardziej wartościowe łupy, a od czasu do czasu natrafimy również na pożółkłą mapę skarbów, nabazgraną przez któregoś z piratów. Trzeba wtedy rozszyfrować wskazówki i odnaleźć miejsce zaznaczone na mapie, by zgarnąć ukryty skarb. Ku mojemu zaskoczeniu, z Assassin's Creed Shadows przeniesiono tu też mechanikę magazynów. To patrolowane przez wrogów miejsca, w których musimy znaleźć i ukraść klucz do magazynu, by zdobyć znajdujące się w środku surowce. Tę aktywność możemy wykonywać w nieskończoność, bo magazyny „odnawiają” się z czasem.

O nudzie nie ma więc mowy. Jednocześnie Ubisoft nie przegiął też w drugą stronę - świat jest gęściej wypełniony zawartością niż oryginał, ale udało się te aktywności wyważyć tak, żeby nie przytłaczały.

Karaiby jeszcze piękniejsze

Pod względem grafiki, Black Flag Resynced stoi na podobnym poziomie, co Assassin’s Creed Shadows, więc jest bardzo dobrze. Lokacje są sowicie usłane obiektami, roślinność jest gęsta, a zachody i wschody słońca sprawiają, że trudno oprzeć się pokusie zrobienia jeszcze jednego zdjęcia w trybie fotograficznym. Ubisoft poprawił absolutnie każdy element graficzny, jaki tylko się dało, a efekt robi świetne wrażenie.

Zobaczcie zresztą sami, jak tu pięknie. Wszystkie poniższe zdjęcia zrobione są przeze mnie właśnie w trybie fotograficznym.

1 of 24 Caption Attribution

Z szacunkiem do oryginału potraktowano też wszystkie postacie, z Edwardem na czele. Ich nowe modele są po prostu upiększonymi wersjami pierwowzorów. Nie ma tu miejsca na „nowoczesną interpretację” postaci - i całe szczęście!

A jak z wydajnością? Moim zdaniem lepiej niż dobrze. Na moim pececie (Ryzen 7 7800X3D, RTX 4070 Ti, 32 GB RAM-u), na ustawieniach wysokich (w tym z włączonym global illumination ray tracing), w rozdzielczości 1440p i z DLSS-em w trybie Jakość uzyskiwałem przedział 90-100 FPS-ów.

Podsumowanie

Assassin’s Creed Black Flag zasługiwało na ten remake. Może i walka nie jest idealna, może i można się przyczepić skradania, ale niech mnie kule biją - jaka to jest wspaniała przygoda. Jeśli Ubisoft w tak rozsądny sposób podchodzi do odświeżania starszych odsłon serii, to nie mogę się doczekać kolejnych.

Ocena: 9/10

Plusy: + Powraca wszystko to, co dobre z oryginału - wciągająca piracka przygoda + Wielki szacunek do oryginału, a nowości wdrożone tam, gdzie mają sens i czynią grę jeszcze lepszą + Udogodnienia znane z nowszych odsłon serii + Nowe misje to długie, pełne rozmachu wątki, świetnie wplecione w główną fabułę + Doskonale wyważone aktywności poboczne - jest sporo do zrobienia, ale gracz nie czuje się przytłoczony + Świat wzbogacony o nowe możliwości i lokacje, który jednocześnie nie jest przesadnie rozległy + Udane wdrożenie drobnych elementów RPG bez zamieniania gry w kolejne Odyssey czy Valhallę + System walki, mimo swoich wad, daje sporo satysfakcji + Unowocześnione skradanie + Oprawa graficzna godna 2026 roku + Jeszcze lepsza żegluga i walka na morzu dzięki nowościom Minusy: - Wizualnie walka pozostawia wiele do życzenia - Zgodnie z tradycją serii, AI przeciwników nie powala - Wskaźnik widoczności jest raczej zbędny

Recenzja gry została przygotowana na podstawie egzemplarza dostarczonego nieodpłatnie przez wydawcę.